Majesty - Historia


Dziedzictwo

- Tak wiec sądzisz, że godzien jesteś sprawować władzę królewską?
Nie byłem pewien, w jaki sposób odpowiedzieć na to niespodziewane wyzwanie rzucone przez sędziwego jasnowidza. Moi wasale otrzymali rozkaz, aby poczekać przed niewielką komnatą najsławniejszego proroka w Ardanii, Julecka, aż odda on swe nieocenione usługi. To właśnie sprawiło, ze poczułem, jakbym miał słaby punkt, zwłaszcza z kimś obdarzonym taką charyzmą.
- Ja - mój umysł przestał już wirować i nabrałem trochę pewności siebie - przybyłem tutaj po to, aby się dowiedzieć.
- Hmh - mruknął Juleck.
Był jedna z najbardziej wyrazistych postacie, jakie kiedykolwiek dane mi było poznać. Jego wychudła, śniada twarz, miała geometryczne kształty, jak gdyby była wyrzeźbiona z kamienia. Rysy twarzy zdradzały jego niemłody wiek, chociaż po swej wynędzniałej chatynce poruszał się z zadziwiającą krzepą.
Na glinianej podłodze i na szerokich pniach służących za stoły piętrzyły się różne tajemne osobliwości. Głos Julecka przeszywał na wylot, bez wysiłku przedzierając się przez osobowość i ego, aby dotrzeć do samej duszy.
- Przybywasz, aby znaleźć łatwe odpowiedzi i należną Ci chwałę. Lecz przyszłość ma Ci niewiele do zaoferowania w tym zakresie.
Prawda jego stwierdzenia zaszokowała mnie. Nie mogłem zaprzeczyć jego słowom. Wypowiadając je, Juleck odsłaniał prawdziwy powód, dla którego się u niego zjawiłem.

Jego oczy napotkały mój wzrok i stężały w miarę, jak penetrował mój umysł. Przez kilka chwil intensywnie mi się przyglądał, a potem rysy jego twarzy rozluźniły się. Najwyraźniej znalazł to, czego szukał.
- No cóż, młody władco. Zacznijmy. Cały czas wpatrując się we mnie, prorok sięgnął za siebie i na oślep począł zdejmować ze ścian chatki przeróżnie przedmioty i artefakty: skóry jakichś zwierząt, garść wysuszonych orzechów i inne takie - świecidełka i maskotki - których nie mogłem w pełni rozpoznać.

Kiedy już jego dłonie ułożyły zgromadzone przedmioty w określonym początku, Juleck zaczął wywijać rekami w jakimś rytuale. Jego nieruchome usta wydawały chrapliwe dźwięki. Po każdym skończonym cyklu dźwięków, ich szybkość wzrastała. Były coraz szybsza, aż - tak samo nagle, jak zaczął swój dziwny obrzęd - Juleck przerwał. Głowa zwisała mu w nieludzko precyzyjnej pozycji, a wzrok spoczął na tajemniczo położonych artefaktach. Zaczął mówić, a jego słowa płynęły niczym wiosenny potok.
- Uśpione zło budzi się do życia w tym królestwie. Zmarli robią się niespokojni w swych grobach. Widzę Panią Śmierci wyciągającą swe kościste palce w kierunku twego zamku. Uważaj, kiedy snujesz wizję inwazji na północ. Targ, którego dobiłeś, jest nic nie wart! Niczego nie da się uzyskać bez ryzyka i inwestycji.

Byłem przygotowany na jakieś złe przepowiednie, ale to. do jakiego stopnia to miałoby być prawdą? Zadałem mu takie pytanie, a Juleck odparł:
- Oto, co dostrzegam. Stoisz na rozdrożu, ale nie ma łatwych dróg.
Przez kilka minut siedzieliśmy w milczeniu. Starałem się ogarnąć słowa porady Julecka. Na koniec spytałem:
- Jak mogę się do tego przygotować?
- Jeżeli twój umysł i twoja dusza stanowią jedność, będziesz wiedział, co masz robić, jak działać, czyich usług żądać. Wyczuwam, że masz w sobie powołanie do tego, aby być władcą roztropnym. Masz to we krwi. Uczyniłem już wszystko, co było w mej mocy. Jestem zmęczony.
Wypowiadając ostatnie zdanie, Juleck zawiesił głos.
- Twoje przeznaczenie czeka, Władco. Idź.


Pasowanie

Wielka sala mojego rodzinnego zamku tętniła głosami dwudziestu dostojników i czterdziestu sług. Nigdy wcześniej nie widziałem, aby nasz piękny zamek był tak pełny życia jak w dniu mej koronacji. Mimo, że zrozumiałem, iż sama okazja stanowiła wystarczający powód do świętowania, rozmiar uroczystości wciąż wprawiał mnie w zdumienie.

Sala tronowa była udekorowana barwami mego rodu. Z najwyższych belek stropowych zwisały jasne proporce, przedstawiające jastrzębia i kawałek zachodzącego słońca. W sali znajdowali się przedstawiciele każdej z gildii oraz dygnitarze pochodzący ze wspólnot rozsianych po całej Ardanii - od Valmorgens na Równinach Środka po Celdorini z najdalszego zakątka Prowincji Zachodnich. Pod ścianami, w czujnym milczeniu, wyprężeni jak struna, stali strażnicy zamkowi, ubrani w czerwone płaszcze, z halabardami wypolerowanymi na błysk.

Koronacja była świętem uroczystym. Moja matka postanowiła ustąpić z tronu i przekazać koroną następnemu pokoleniu. W swej mądrości zdecydowała się przybyć na uroczystość przekazania władzy i wskazać swemu następcy, jaką politykę ma prowadzić, aby ziściły się tak drogie dla niej cele. Mimo że popularność mojej matki przydała odrobiny goryczy obrzędom koronacyjnym, biesiada, która potem miała miejsce, utwierdziła mnie w przekonaniu, ze moi poddani darzą mnie pełnym poparciem i że właśnie we mnie widzą gwaranta ich nadziei oraz marzeń na lepsze jutro.

Z wielkiej sali przeszliśmy na dziedziniec, gdzie nasze nastroje błyskawicznie się odmieniły. Powaga ustąpiła miejsca żartom i krotochwilom. Na dziedzińcu stały stoły, które wprost uginały się pod ułożonym na nich jadłem; zręczni artyści ze wszystkich zakątków królestwa dawali pokaz swych umiejętności, a weseli goście w jasno-barwnych strojach raczyli się obfitością stołów. Wszystkie uroczystości trwały przez cały dzień i przeciągnęły się do późna w nocy.

Wszyscy tak bardzo byli pochłonięci uroczystościami, że tylko niewielu dostrzegło nagłe zamieszanie wśród strażników zamkowych na murach. Zobaczyłem, ze kapitan straży ociąga na bok mojego królewskiego doradcę.Kiedy skończyli się naradzać, kapitan natychmiast wrócił do swoich ludzi na murach, natomiast królewski doradca podszedł prosto do mnie. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem, jak mój doradca używa zwrotu, który już wkrótce miał stać się dla mnie czymś powszednim.
- Proszę wybaczyć, że przeszkadzam, Wasza Królewska Mość, ale powstała pewna sytuacja.

Uroczystości dobiegły końca. Zaczynały się obowiązki.




 

Serwisy zrzeszone

Polecamy